Wywiad z Jacentym Jędrusikiem, aktorem Teatru Rozrywki w Chorzowie.

 

 

R: Rafał Kopiasz

J: Jacenty Jędrusik

 

R: Od jak dawna gra pan w teatrze?

J: W teatrze zawodowym gram od roku 1978, czyli za 2 lata będzie prawie 30 lat. W tedy to w 1978r skończyłem wydział aktorski szkoły filmowej w Łodzi i zacząłem swoją pierwszą pracę, a pierwsza praca to był teatr Bogusławskiego w Kaliszu, tam pracowałem przez 2 lata. Potem od roku 1980 byłem aktorem teatru Wyspiańskiego w Katowicach do roku 1988, i od roku 1988 jestem do dzisiaj aktorem tego teatru, czyli jak łatwo policzyć też za 2 lata będzie 20 lat jak tutaj jestem. Najpierw to była luźna współpraca, a od pewnego czasu praca etatowa,

Także można powiedzieć, że w teatrze jestem od 28 lat.

R: Czy trudno jest zostać aktorem?

J: Równie dobrze możesz zadać sobie pytanie czy trudno jest zostać dobrym komputerowcem, czy trudno jest zostać dobrym sportowcem, czy trudno jest być człowiekiem dobrze wykształconym w jakimś fachu. Równie dobrze trudno może być zostać szewcem czy stolarzem, to też jest mnóstwo umiejętności, które trzeba posiąść. Generalnie trudność zostania aktorem polega może na tym, że stolarzem czy szewcem może zostać każdy, natomiast do tego zawodu potrzebne są określone predyspozycje, które akurat nie każdy może posiadać. A jakie to są predyspozycje, to jest na pewno nienaganna dykcja, bez wad wymowy,których nie można poprawić. Po drugie to są umiejętności wokalne, umiejętności ruchowe, no i po trzecie i chyba najtrudniejsze, a może po czwarte, trzeba mieć to coś, co niektórzy nazywają talentem, a niektórzy nazywają jakimś darem od Boga. Po prostu trzeba mieć to, co czyni, że ten zawód jest jakiś taki szczególnie uprawiany i wypełniony, i że się go wykonuje z mniejszym lub z większym powodzeniem, ale jednak dobrze.

R: Czy już jako dziecko, chciał pan zostać aktorem?

J: Nie, muszę ci powiedzieć, że to tak wszystkich dziwi, kiedy o tym mówię, ale i to nie jest kokieteria z mojej strony. Bo ja wiem, że mnóstwo aktorów, którzy udzielają pełno wywiadów do tych kolorowych pism właśnie odpowiada w ten sposób, że od dziecka marzyli o tym żeby zostać aktorem i jak się tylko urodził to pierwsze, co powiedział, to od razu Pana Tadeusza na pamięć. Nie, ja nie miałem żadnych tradycji rodzinnych, mimo że nazwisko mam takie, które by wskazywało na jakieś kontakty ze światem aktorskim. Moi rodzice byli prostymi ludźmi, którzy nie mieli nic wspólnego z tym zawodem. Możesz zapytać, zatem skąd się to wzięło. No to do tego trzeba by zmierzać i jak zwykle decyduje przypadek. Ja przez całą szkołę podstawową, czyli do 14 roku życia nie powiedziałem publicznie żadnego wiersza. Nie byłem człowiekiem, który recytuje na wszystkich akademiach i tak dalej. Byłem człowiekiem szalenie zakompleksionym, takim spokojnym, cichym i przede wszystkim diabelnie nieśmiałym. W klasie siódmej, kiedy miałem już 14 lat, pani z polskiego robiła przedstawienie na dzień nauczyciela, było takie pismo, którego już chyba nawet twoi rodzie nie pamiętają nazywało się „Świat Młodych”, to było jedno z takich pisemek wtedy dla dzieci i młodzieży, i tam drukowane były takie gotowe scenariusze, i właśnie pamiętam, że tam był też scenariusz na dzień nauczyciela i w klasie na języku polskim odbywała się próba to tego dnia nauczyciela. Z różnych klas przyszli uczniowie i tam po kolei te swoje role mówili i brakowało narratora, chory był czy coś. Nie wiem, co się stało, i ta polonistka mówi:, „choć Jacek i ty to przeczytaj”. Ja przeczytałem tego narratora i ona mówiła, że bardzo dobrze i naucz się go na pamięć, będziesz występował. Ja byłem strasznie przestraszony tym, że muszę gdzieś tam coś publicznie mówić, ale z drugiej strony bałem się też pani nauczycielki, w związku z czym nauczyłem się i wystąpiłem. To był mój pierwszy publiczny występ w szkole w takim przedstawieniu. Potem okazało się, że to było bardzo dobre i powtórzyliśmy to w domu kultury dla większej ilości nauczycieli i myślałem, że będę miał spokój od teatru i od występowania. Ale w ósmej klasie, kiedy już miałem 15 lat, to była ostatnia klasa szkoły podstawowej i pani sobie o mnie przypomniała. Robiliśmy taką sztukę Juliusza Słowackiego pt. „Balladyna”, a właściwie sceny z tego i ja tam zagrałem w jednej ze scen Grabca, jednego z bohaterów i muszę ci powiedzieć, że to już nawet sprawiało mi przyjemność. Byłem pamiętam śmiesznie ubrany, miałem sztruksowe grube spodnie, kalosze, bo ten Grabiec to jest taki prosty człowiek. Pamiętam jeszcze, że miałem przepiękną koszulę od ojca, w takie grube kraty z zielonym suwakiem. Ale tam była jedna rzecz, która mnie przerażała, bo Grabiec musiał całować Goplane, a Goplaną była koleżanka z siódmej klasy. No wiesz, pocałunek miał polegać na tym, że ja ją miałem cmoknąć w policzek, ale zapewniam cię, że dla mnie to było wielkie przeżycie, ale jakoś to pokonałem. Można powiedzieć, że do 15 roku życia dwukrotnie udało mi się wystąpić publicznie na scenie. Potem poszedłem do szkoły średniej, to było technikum energetyczne w Sosnowcu. Byłem daleki od jakiegokolwiek teatru i zespołów recytatorskich, ale na moje szczęście albo nieszczęście przyszła pani dyrektor, która uczyła nas podstaw elektrotechniki, ja byłem wtedy w pierwszej klasie, przyszła na język polski i mówi: „To jest skandal, szkoła techniczna, męska, ponad 1000 uczniów, a w zespołach pozalekcyjnych same dziewczyny, nie ma w ogóle chłopaków, to wstyd”. Pani profesor Konarzewska uczyła mnie polskiego, pyta się kto tu dobrze czyta, no i padło znowu na mnie, i miałem się zgłosić do zespołu recytatorskiego, który prowadziła wtedy aktorka teatru Zagłębie. Zacząłem w tym zespole recytatorskim różne rzeczy tam robić, a w trzeciej klasie zaczął się zajmować tym zespołem aktor, który się nazywał Ryszard Bachowski i on zrobił z nami przedstawienie, które nazywało się „Studencka miłość”, i wtedy myślę zdarzyło się coś takiego, że po raz pierwszy pomyślałem poważnie, czy nie było by to, co chciałbym robić w życiu. Skłoniła mnie do tego tak nieprawdopodobna cisza, która występuje w tedy, kiedy aktor jest na scenie, a cała publiczność jest skupiona na tym, co ty powiesz, co ty zrobisz, co ty nagrasz, masz taki rodzaj panowania nad ludźmi, że co nie zrobisz, jaki gest wykonasz, to będzie przez wszystkich obserwowane, a na widowni siedzieli moi nauczyciele, ludzie, których szanowałem, którzy byli dla mnie autorytetami, a jak się okazało, że oni też z uwagą słuchają tego, co ja mówię z tej sceny, to sobie pomyślałem, że co to za wielka władza w tym aktorstwie jest, że wszyscy ludzie tak się na mnie patrzą i powiem ci, że to był taki pierwszy moment kiedy pomyślałem żeby zostać aktorem. To mi szybko przeszło, bo jakieś lekcje były, egzaminy coś tam trzeba było robić. Ale w czwartej klasie technikum pomyślałem sobie, że trzeba by się do tego przygotować, i przez cały rok jeździłem właśnie do Ryszarda Bachowskiego, mieszkał wtedy w Myszkowie, jeździłem do niego w każdą niedziele rano pociągiem z Sosnowca. Tam rozmawialiśmy o sztuce, on mi podrzucał różnego rodzaju literaturę, którą miałem przeczytać, poezje, fragmenty prozy, ja się ich uczyłem na pamięć i pracowaliśmy nad tymi tekstami, tak przygotowywałem się do szkoły filmowej. Pojechałem na egzamin do Łodzi i dostałem się za pierwszym razem.

R: Jaką rolę najmilej pan wspomina?

J: Z tych wszystkich na pewno najmilej wspominam te pierwsze, debiutanckie role. Zadebiutowałem w roli Jurka Zawickiego w „Szaleństwach panny Ewy” Kornela Makuszynskiego jednym z bohaterów jest tam właśnie Jurek Zawicki, główny bohater właściwie, malarz, który bardzo kocha ludzi, kocha to, co robi, i właśnie do ich domu trafia ta szalona Ewa no i wywraca im całe życie do góry nogami. Myślę, że bardzo miło wspominam właśnie tą rolę, ale muszę też wspomnieć o roli mistrza ceremonii w kabarecie, muzikalu, który graliśmy tutaj przez dziesięć lat, ponad 150 razy. Ta rola przyniosła mi duży rozgłos, taką popularność wśród ludzi, dostałem za nią parę różnych nagród między innymi specjalną złotą maskę.

R: Z jaką rolą miał pan najwięcej problemów?

J: Najwięcej problemów miałem do tej pory, myślę dwojako. Jedna rola, z którą miałem problemy, to była rola Huana Perona w „Ewicie”. Problemy wynikały z bardzo trudnego śpiewania, po pierwsze: ja nie jestem śpiewakiem, jestem aktorem, który potrafi śpiewać, natomiast nigdy nie byłem przygotowywany do śpiewania. Są tutaj u nas ludzie, którzy jak gdyby ze śpiewu przyszli tutaj od strony śpiewu. Najpierw śpiewali, a potem zostali aktorami, a ja jestem przede wszystkim aktorem. To bardzo trudna muzyka tego muzikalu i miałem trochę problemów z wyśpiewaniem wszystkich nut, i to zawsze, do końca grania, a graliśmy to 10 lat. Drugi rodzaj polegał na tym, że na wszystkie możliwe sposoby starałem się tego Huana Perona grać, żeby on był sympatyczny, żeby obronić go jako człowieka. Bo on w tym miuzikalu występuje tak troszeczkę marginalnie, najważniejszą jest ta Ewita Peron, która świętą nie była i myślę, że jako człowiek to ona była nawet gorsza niż Huan Peron. W miuzikalu jest on tak bardziej w cieniu, troszkę pomiatany, i tak usiłowałem go gdzieś dowartościować, żeby był lepszy, sympatyczny, ale nie odnosiło to żadnych skutków. Więc myślę, że to właśnie ta rola sprawiła mi najwięcej problemów.

R: Jakie role, najbardziej lubi pan odgrywać?

J: Najbardziej lubię takie role, które dają mi możliwość kontaktu z publicznością, taki był właśnie „Mistrz ceremonii”, ja wychodziłem w publiczność, tak była scena zaaranżowana, że nie było granicy, że to jest scena, a to jest widownia. Widownia siedział w śród nas, wśród aktorów na scenie, tak był zaaranżowany kabaret. Ja wchodziłem w ten tłum, mogłem ich zaczepiać, mogłem z nimi rozmawiać. Bardzo to lubiłem, bo ci ludzie fajnie odpowiadali.

Takie jest przedstawienie, które tutaj gramy „Dzieła wszystkie Szekspira” w nieco skróconej formie. Gramy to z dwoma innymi kolegami z tego teatru, i ono jest cały czas oparte na kontakcie z publicznością, cały czas na rozmowie. To są bardzo fajne role i takie lubię najbardziej. Najmniej lubię takie, które są zamknięte, że nie ma na scenie nikogo, i tylko ja coś na tej scenie gram i albo się to podoba, albo nie. Generalnie lubię kontakt z widzem.

R: Grał pan w jakimś filmie?

J: Grałem w wielu filmach. Gdy jeszcze była w Katowicach wytwórnia filmowa „Poltel”, to kręciło się tutaj bardzo dużo filmów. Ja byłem wtedy bardzo młodym aktorem i dostawałem takie niewielkie, epizodyczne role, ale zagrałem w „Blisko coraz bliżej”, taki serial był.

Pierwsza moja rola filmowa była w „Daleko od szosy”. Bodajże w trzecim odcinku, jest taka scena, jak główny bohater idzie do wojska i tam zagrałem w takiej scenie, kiedy on się dostaje do lazaretu, czyli do lecznicy wojskowej. Było tam trzech kolegów, Adaś Gwara z mojego roku, główny bohater i ja. To była moja pierwsza w życiu rola filmowa. Ale potem też zagrałem w paru. Zagrałem nawet jedną dużą rolę w takim serialu „Zdaniem obrony”. Zagrałem takiego młodego prokuratora. W „Rodzinie Kanderów” zagrałem trenera piłkarskiego. Zagrałem też w paru dużych filmach. Przede wszystkim zagrałem dużą role u Lecha Majewskiego w filmie „Angelus”, to było takie moje największe przedsięwzięcie. Potem zagrałem w takim teatrze telewizji „Fryzjer”, to zupełnie niedawno było. Zagrałem wtedy biskupa. Zagrałem także szereg pomniejszych ról.

R: Czy ma pan jeszcze tremę wychodząc na scenę?

J: Zawsze ma się tremę. Trema nie wynika z tego, że nie wiem jak grać, bo ja wiem jak zagrać to, co mam do zagrania. Trema wynika z cysto ludzkich słabości. Wszystko się może zdarzyć, możesz nagle stracić głos na scenie, możesz się potknąć, może coś spaść, może partner inaczej zagrać, może widownia zacząć się zachowywać jakoś dziwacznie. Aktor jest przyzwyczajony do wielu dziwnych zachowań na scenie i powinien umieć na nie zareagować natychmiast. Ale ten niepokój, bo każde przedstawienie jednak jest inne. My gramy przez 10 lat przedstawienia, ale jakbyś zobaczył kilka z tych przedstawień, to każde jest inne. Są fani nasi, którzy chodzą na dziesiątki przedstawień. Moja droga do teatru też się tak zaczęła, ja chodziłem na przedstawienia do teatru po kilkanaście razy. Można by powiedzieć po co, przeciesz już wiesz o czym to jest, ale za każdym razem aktorzy grali to inaczej. Nie zupełnie inaczej, ale troszkę inaczej, bo inne było samopoczucie. Dzisiejszy spektakl „West Side Story” też będzie na pewno inny niż premierowy lub po premierowy. Ludzie spędzili dwa dni przy świąteczny stołach, będą mocno pojedzeni, a w tym przedstawieniu jest dużo ruchu, dużo tańca, dużo baletu, i pewnie to przedstawienie będzie również inne. Inaczej zagra orkiestra, inaczej my zagramy, to nie będzie diametralnie inne przedstawienie, że nagle inna sztuka, ale ono zawsze się różni, i stąd się też bierze trema. Trema się zawsze bierze z kontaktu z widownią. Ja lubię widownie, ale widownia ma też pewne oczekiwania, począwszy od takich banalnych, że zapłaci 33 zł za bilet i zawsze ci może powiedzieć, przepraszam bardzo zapłaciłem za bilet i co pan mi tu gra, a skończywszy na takich, że człowiek ma też pewne ambicje, czyli nie można zagrać poniżej jakiegoś poziomu, na który cię stać. To ciągłe dorównywanie do tego bardzo dobrego poziomu, jest w rezultacie bardzo stresujące. Taki normalny człowiek, piekarz, jak się źle poczuje, to zadzwoni do piekarni i mówi: panie Zdzisiu, ja się źle czuję, mam grypę i nie przyjdę dzisiaj. A ja nie mogę tak zrobić, bo jest 600 osób na widowni, jest 40 kolegów, którzy czekają na ten spektakl, którzy dostaną za niego pieniądze. Jak ja nie przyjdę, to nie zagramy. Jak nie zagramy, to nie zarobimy. W związku z czym ja się muszę zawsze pilnować, żeby być zdrowym, a jak jestem chory, to muszę się leczyć nie tydzień jak normalny człowiek, tylko szybko, jakieś antybiotyki, zastrzyki i za trzy dni mam być zdrowy. Przeciesz różnie może być, dzisiaj jestem zdrowy, a jutro już nie. Ten rodzaj odpowiedzialności powoduje, że zawsze jest taki rodzaj tremy, czyli takiego pewnego rodzaju lęku jak to dzisiaj pójdzie. Ale to nie jest taka trema, że nie wyjdę bo ja się boję, tylko jest taki niepokój, czy wszystko dobrze pójdzie.

R: Czy wykonuje pan jakieś ćwiczenia głosowe?

J: Przed każdym przedstawieniem staram się rozćwiczać aparat mowy. Jak są trudniejsze spektakle, gdzie bardzo dużo mówię to taką serię ćwiczeń sobie robię, a jak są łatwiejsze, to wykonuję tylko kilka takich rozciągających ćwiczeń. Wydaje mi się, że swój aparat mowy utrzymuję w stopniu jakiegoś tam rozćwiczenia

R: Jak sobie pan radzi ze stresem?

J: Głęboko oddycham, jak mnie bierze jakaś nerwowość i to polecam wszystkim. Bardzo głębokie wdechy do granic możliwości i spokojne wydechy.

R: Dziękuję za wywiad.

J: Też dziękuję.